Stół z prl’u – odnawianie.

Stół, który sam się znalazł.

Ten stół, to było przeznaczenie, a może zwykły przypadek? Siedziałam sobie w zimny, sierpniowy wieczór i przeglądałam Allegro. Kątem oka dostrzegłam w „propozycjach”, stół. Cena przystępna, lata się zgadzają, wygląda pięknie. Pospiesznie kliknęłam, by obejrzeć dokładnie mój nowy stół. Obejrzałam raz, drugi, trzeci, przeczytałam, myślę sobie „biere go”. Nagle głos rozsądku, zagłuszył wyrywające się serce „a może trafi się lepszy?”. Przemyślałam za i przeciw, by już za moment zapakować mebel do koszyka. Taka okazja, to musi być przeznaczenie. Dobra przyznam się, przekonała mnie etykieta, która zachowała się w stanie idealnym… Każdy ma jakieś zboczenia. Od jakiegoś czasu szukałam takiego mebla, wytyczne były proste: okrągły, rozkładany, z prl’u i nie będący w stanie agonalnym, tak żeby taki laik jak ja mógł go sobie odnowić.

Nie wiem czemu mi się przyczepiło ale wiele razy podawałam, że ten stół pochodzi z 65 roku. Dopiero gdy dokładniej przyjrzałam się etykiecie, okazało się, że rok produkcji to 56. Stół fornirowany. Jednym słowem klasyk.

Wkracza kurier i wszystko psuje

Zanim przejdę do tego jak go odnowiłam to teraz bajka o konspirze.  Stół zamówiony, domownikom nie powiedziałam ani słowa, że czeka nas kolejna meblowa rewolucja. Lubię zmieniać, kombinować, przerabiać wnętrze więc mają prawo mieć dość. Zwłaszcza gdy muszą potem przy tym pomagać. Miejsca też nie miałam za bardzo by spokojnie odnowić stół, więc wpadłam na genialny pomysł. Ustaliłam z sąsiadką (krewną jakby ktoś szczegółów się domagał, piąta woda po kisielu, ale zawsze rodzina), że stół przechowam u niej. Skończyło się na tym, że tam go odnowiłam, bo słoneczna pogoda nagle wyparowała. Lało, więc mój plan na odnawianie stołu w ogrodzie spalił na manowce.

Dzień dostawy, o przygodzie z kurierem pisałam tutaj.

W skrócie, kurier podjechał po mnie i ruszyliśmy do sąsiadów. Musze przyznać, że kontakty z kurierami mam bardzo dobre więc nie przepuszczałam, że zaraz szlag mnie trafi. Kurier z sąsiadem wypakowali ładunek, podpisałam, zapłaciłam. Kurier odjechał, a my odpakowaliśmy to cudo. Teraz czas na grozę… Stół był tak wciśnięty, że wszelkie zabezpieczenia nic nie pomogły, wyłamali mu nogi. To spowodowało ich pęknięcie. Nie byłam na to przygotowana.  Myślałam, że zeszlifuje, pomaluje i będzie. Miało być tak pięknie. A tu nogi uciekają, prawie latały! Naprawdę!

 

 

Marzył mi się stół, czyli krótka historia odnawiania stołu

Stół, jak wygląda każdy widzi. Trochę wgnieceń, pęknięć, blat wyblakły, lakier się kruszy. Kilka ubytków w fonirze. I te nieszczęsne nogi, wyłamane, od których trzeba było zacząć ratowanie stołu.

 

Skleiłam nogi przy użyciu kleju do drewna i zacisków stolarskich. Dodatkowo zabezpieczyłam zaciski drewnianą klapką, by zacisk przypadkiem nie dokonał wgnieceń. Pozostawiłam to na 24 godziny, by dobrze się skleiło.

 

Kolejnym krokiem było wypełnienie ubytków szpachlą do drewna. Pochylę się teraz nad tym produktem, który wybrałam, bo jak to się robi to chyba nie wymaga komentarza. Jest to produkt marki Vidaron, wybrałam kolor: orzech. Podpowiem, że jeśli postanowicie pomalować wasz mebel środkami kryjącymi, mam na myśli farby akrylowe lub kredowe, to nie musicie się stresować wyborem odpowiedniego koloru szpachli. Zostanie ona zakryta. Ja wiedziałam, że będę bejcowała więc wybrałam taką w podobnym kolorze, co jak się później okazało było strzałem w dychę.

Szpachla zjawiskowo szybko twardniała, więc nakładanie kilku warstw, które były potrzebne w pewnych miejscach, trwało krócej. Szybciej też mogłam przystąpić do szlifowania, bo już po kilku godzinach bez problemu mogłam to robić. Szpachla się nie kruszyła, nie pękała, nawet gdy maltretowałam ją szlifierką na pełnych obrotach.

 

Szlifowanie, szlifowanie, szlifowanie…

Kilka godzin później. Szlifowanie, szlifowanie. . . . . . . . . . .  Tak wiem może to wygląda zabawnie, nie jest zabawne w ogóle  przy tym się człowiek napoci, ubrudzi, potrzeb cierpliwości. Chociaż lakier już był w stanie, jakby w ogóle go nie było, to oczyszczenie mebla z ponad sześćdziesięcioletniego brudu, nie jest takie proste.

Przygotowując się do tego kroku sporo czytałam. Wiedziałam, że należy szlifować wzdłuż słojów. Niestety mało gdzie można znaleźć jakieś konkrety, jaki papier użyto czy szlifierkę.  Dlatego podzielę się z Wami wszystkim. Wybrałam szlifierkę mimośrodową, wydawała mi się najbezpieczniejsza. Znalazłam informacje, że to najlepsze szlifierki do dużych powierzchni. Zaczęłam od papieru o gramaturze P80 (dlaczego nie np. P60). Tak jak wcześniej wspomniałam, lakier był już powycierany, więc powierzchnia była zmatowiona w jakimś tam stopniu. Po drugie, to był mój pierwszy raz gdzie do czynienia mam z meblem fornirowanym ale wiem, że bardzo łatwo można go uszkodzić. Wybór był trafiony, zdecydowanie wystarczył by pozbyć się resztek lakieru, brudu i przebarwień. Później stopniowo gradacja się zmieniła, pojawiło się P100, potem kolejno aż skończyłam powyżej 200. Wszystko było idealnie wygładzone.

 

Nadawanie koloru

Przed bejcowaniem stół dokładnie wyczyściłam z wszelkiego pyłu za pomocą zmiotki, nie miałam odkurzacza pod ręką.  Później przetarłam całość wilgotną ścierką. Po przeschnięciu zwykłą szmatką stół przetarłam raz jeszcze, tym razem nasączoną rozpuszczalnikiem nitro, by odtłuścić powierzchnię. Poczekałam aż wyparuje, a drzewo stanie się suche.

Na ten moment czekałam najbardziej. Nadawanie koloru. Wybrałam bejce marki Vidaron – Orzech Włoski. Pokochałam dzięki temu produktowi bejcowanie, już najchętniej niczego nie malowałabym farbą i pędzlem, tylko bejcowała. Bejce rozprowadzałam za pomocą bawełnianej szmatki, bardzo wydajna, ręce można było domyć, nie było tragedii. Tu nie da się popsuć niczego. Maziałam sobie szmatką, która raz po raz zamaczałam w dobrze rozmieszanej substancji. Gdy okazywało się po kilku minutach, że gdzieś zostawiłam nadmiar lub niedokładnie ją rozprowadziłam, nie było problemu, wystarczyło rozetrzeć. Następnego dnia gdy pierwsza warstwa wyschła położyłam kolejną, już niczego nie szlifowałam.

 

 

Czas na lakier

Bejca nadaje matowe wykończenie.  Piękny efekt, stół jednak jest narażony na wiele uszkodzeń mechanicznych i ma kontakt z wodą więc trzeba go zabezpieczyć. Wybrałam lakier do parkietów, półmat, firmy Vidaron. Do wyboru jest jeszcze matowy i wysoki połysk. Jest to produkt bezbarwny, jednak jak wiadomo lakiery zawsze nie co przyciemniają bejce.  Zdziwił Was pewnie mój wybór, co tu robi lakier do parkietu, skoro odnawiam stół. Na chłopski rozum biorąc skoro to służy do zabezpieczania podłogi, to oznacza wysoką odporność na ścieranie, mówiąc zwyczajnie jest trwalszy.

Korzystając z dobrodziejstw warsztatu brata. Lakier nałożyliśmy za pomocą pistoletu. Gdy lakier jeszcze delikatnie się kleił nanieśliśmy drugą warstwę.

 

Lakier po ponad 24 godzinach był suchy, więc postanowiłam, że tym razem za pomocą gąbkowego wałka nałożę na sam blat jeszcze jedną warstwę. Tak dla lepszej ochrony. Zapach lakieru jest wyczuwalny przez jakiś czas. Da się z nim żyć. Po pół roku użytkowania stołu, stwierdzam, że wybrałam świetne produkty, które są powszechnie dostępne w marketach budowlanych. Lakier nie odpryskuje, nic się nie dzieje z blatem, chociaż przeżył już wiele towarzyskich spotkań. Nie straszny mu gorący kubek, alkohol, nie ma żadnych odparzeń, przebarwień. Jest piękny!

 

Czas na finał

Kilka dni pracy, połamane paznokcie, tona pyłu ale o to jest, już na swoim miejscu. Czyż nie jest piękny? „Widział” na pewno wiele, przeżył w końcu 62 wiosny i jeszcze długo będzie mi służył. Dlaczego bejca i czemu taka skromna metamorfoza? Nie mogłam zakryć tego drewna transparentną farbą, te słoje aż prosiły się o nadanie im wyrazistości. Wiem, że teraz trwa moda na białe meble albo te totalnie kolorowe. Można szaleć z wzorami, odcieniami, ozdobami. Dla mnie drewno to szlachetny materiał i gdy da się to trzeba pokazać jego naturę. Wiedziałam, że chce taki „babciny” stół, klasyczny, bo taki idealnie wpasował mi się we wnętrze. To nie koniec zmian, już niedługo pokażę Wam więcej mebli pasujących do stylu eklektycznego, skandynawskiego industrialu czy loftu. Największą trudnością był dostęp do produktów w mojej okolicy, więc wszystko musiałam zamówić przez internet. Tak jest zawsze, na złość wszystko mi wykupią!

Co myślicie o tej metamorfozie? Zbieracie stare meble czy jednak wolicie te „gotowce” ze sklepu?

Wróciłam, tęsknił ktoś?

Czekaj, coś tu nie pasuje, aaa już wiem! Krzesła, ale o tym niebawem…

 

 

 

Podobne wpisy

Podziel się: