Metamorfoza krzesła #1 – patyczak

Krzesła, stare, ale piękne…

Krzesła, które do tej pory stały przy moim odnowionym stole, nie pasowały. Chociaż wizualnie było okey, to technicznie były za szerokie. Zabierały miejsce w moim niewielkim „salonie”. Wiedziałam jedno, nie chce nowych krzeseł, zwłaszcza tych modnych. Zamarzyłam sobie, że chce drewniane krzesła, różne kształty i kolory. Pełnia eklektyzmu. Jednak nie byłabym sobą, gdybym nie chciała inaczej jak inni. Patyczaki są ostatnio modne, królują w intensywnych kolorach: żółty, czerwień, szmaragd. Wiele zdjęć widziałam, często też biel, czerń lub pastele. Czasem zdarzą się jakieś wzorki. Dlatego, wybrałam oryginalne kolory, rzadko spotykane, które będą pasowały do wnętrza mojego salonu.

Dziś pokaże Wam pierwszą metamorfozę, chociaż krzesła mam cztery. Przy każdym jednak działo się coś innego, więc by było przejrzyście, podzieliłam ogromny wpis, na cztery mniejsze.  Na pierwszy rzut oka to krzesło wygląda dobrze. Co mogliście podejrzeć na moim instagramie. Więc fani takich mebli i zarazem przeciwnicy malowania ich kolorem, będą oburzeni. Niestety nie było tak pięknie, lakier się kruszył, odchodził,krzesło miało zadrapania. Po za tym było zwyczajne. Znikłoby przy moim stole. A nie takiego efektu chciałam.

Jak większość staroci tak i to znalazłam na olx’e. Urzekło mnie w nim to, że nie jest to wszędobylski patyczak. Jest mało popularny i rzadko spotykany. Ma w sobie to coś. Nieprawdaż?

Stara powłoka

Szukając cykliny, przemierzyłam okoliczne sklepy budowlane. Nie znalazłam. Panowie obsługujący mnie w sklepach patrzyli na mnie z politowaniem. W końcu się okazało, że nie mają pojęcia o co proszę. Tłumaczenie nie pomagało, więc biegałam za nimi z telefonem i pokazywałam zdjęcia. Zamiast skrobaka oferowali mi papier ścierny. Poddałam się. Nie miałam też opalarki, która podobno świetnie sprawdza się przy usuwaniu starych powłok. Jak wiadomo potrzeba matką wynalazków. W ten sposób odkryłam, że za pomocą starej suszarki  i szpachelki można sobie poradzić. Suszarka z czasów PRL, grzeje jak diabli. Ciekawy patent, prawda?

 

Zdejmowanie w ten sposób lakieru to żmudna praca. Jednak papier ścierny nie radził sobie z politurą, którą pokryte było krzesło. Dlatego w miejscach, w których szlifowanie było utrudnione, trzeba było się namęczyć. Cyklina pewnie szybciej by to pozdzierała. Niestety jestem z tych co w gorącej wodzie są kąpani, dlatego nie chciało mi się czekać. Skrobak zapewne dotarłby po dwóch dniach, ale nie mogłam czekać. Całą resztę szlifowałam za pomocą szlifierki i ręcznie papierem. Zaczęłam od papieru P80, by na skończyć na P250. Całość była gładka, co jest bardzo ważne, inaczej będzie widać pod farbą wszelkie zadry i nieruwności.

 

Nagie krzesło odkurzyłam z pyłu. Później dokładnie przetarłam całą powierzchnie wilgotną ścierką. Tak oczyszczony mebel pozostawiłam na chwilę do wyschnięcia.

 

Nowa powłoka

Chciałam w końcu wypróbować wychwalane farby kredowe. Niestety cena i pojemność skutecznie mnie zrażały. Szukałam alternatywy, czegoś tańszego, w małym opakowaniu. Każde krzesło chciałam pomalować inaczej, a pomysłu na dalsze wykorzystanie farb nie miałam. Dlatego wymagania miałam spore .Małe opakowanie i tanio. Znalazłam! Wzięłam trochę w ciemno, ponieważ nie znalazłam zbyt wielu opinii o tym produkcie. Tak naprawdę to jedną. Nie mogłam też dostać nigdzie realnych zdjęć kolorów. Kto nie ryzykuje nie pije szampana, podobno. Tak więc zamówiłam. Moim wyborem są farby akrylowo-kredowe Ambiente Chalky Colors  oraz wosk, polskiej marki Renesans. O samych farbach zrobię osobny wpis. Zobaczymy jak się sprawdzą, przetestuje i zrobię recenzję.

Na pierwszy ogień poszedł kolor Vintage Violet 26. Piękna barwa, intensywna, wyjątkowy wręcz. Wiedziałam, że ten kolor i to krzesło idealnie do siebie pasują. Do malowania użyłam okrągłego pędzla z syntetycznego włosia. Farba jest gęsta, obłędnie gęsta, więc trzeba się natrudzić by rozmieszać. Ciężko się ją też rozprowadza. Pierwszą warstwę chciałam pomalować bez rozcieńczania z wodą, taki podkład, pod dalsze warstwy.Okazało się jednak, że wystarczyły tylko dwie. Krycie, było zadziwiająco dokładne. Po pomalowaniu dałam krzesłu spokojnie wyschnąć przez kilka godzin.

Przy tej drugiej warstwie, odlałam farbę do osobnego pojemniczka. Dolałam odrobinę wody i wymieszałam dokładnie. Malowało się lekko i przyjemnie, a krycie wciąż było bardzo dobre. W efekcie uzyskałam totalnie matową powierzchnie. Tym razem dałam farbie noc na wyschnięcie.

 

 

Woskowanie

Wybrałam wosk bezbarwny. Postanowiłam nałożyć go za pomocą bawełnianej ścierki. Nakładanie było bardzo uciążliwe. Ciężko było mi równomiernie rozprowadzić preparat po powierzchni. Pojawiały mi się smugi. Koszmar, namęczyłam się niemało. Udało się, najpierw pierwsza warstwa. Po wielu godzinach, nałożyłam kolejną. Wosk nadał satynowe wykończenie, nie jest zbyt ordynarne, nie ma wysokiego połysku. O to mi chodziło.

Gotowe,a jednak nie. W pracy z drewnem trzeba być cierpliwym.  Odstawiłam jak zaleca producent na 7 dni krzesło. W tym czasie nie można narażać pomalowanego przedmiotu na kontakt z wodą czy uszkodzenia mechaniczne. Dlatego użytkowanie nie wchodziło w grę.

Czy metamorfoza przypadła Wam do gustu, ciekawi kolejnych? W razie jakichkolwiek pytań śmiało piszcie, pod postem. Możecie też znaleźć mnie na Facebooku, chętnie pomogę.

Podobne wpisy

Podziel się: