O czwartej nad ranem.

 

Budzę się o czwartej – powtarza się to od kilku miesięcy. Otwieram oczy i odruchowo sięgam po telefon. Nie sprawdzam godziny. Wiem, że jest coś koło czwartej. Najgorsza godzina. Świat dookoła jeszcze śpi, za oknem robi się widno. Myśli nie dają spokoju. Przez te kilka miesięcy obserwowałam wschodzące dni, jeszcze niedawno o tej porze panowała mroczna ciemność. Zima minęła, jest inaczej. Jaśniej, jakby z nadzieją budziło się życie. Leżę, podziwiam śnieżnobiały sufit. Czasem słucham muzyki, innym razem rozkoszuje się ciszą. Przypomina mi się wtedy wiersz Szymborskiej, dokładnie  to jego fragment…

 

„Godzina pusta.
Głucha, czcza.
Dno wszystkich innych godzin.

Nikomu nie jest dobrze o czwartej nad ranem.
Jeśli mrówkom jest dobrze o czwartej nad ranem
– pogratulujmy mrówkom. I niech przyjdzie piąta,
o ile mamy dalej żyć.”

 

Dalej żyjemy

Obserwuje jak upływa czas. Moja blada skóra stapia się z białą bawełnianą pościelą. Nie mam siły wstać, nie mogę zasnąć. Czekam na piątą. Moje myśli w tym czasie krążą wokół jednej osoby. Jest kilka minut po czwartej.

To niesamowite, jak istnienie drugiego człowieka może być dla nas ważne. Przerażającą jest pustka, która pojawia się po jego zniknięciu. Szukasz go we wspomnieniach, próbujesz zatrzymać ich jak najwięcej. Chociaż czas płynie dalej – nieubłaganie. Pojawiają się inni ludzie, nawet podobni do niego. Nie są wstanie wypełnić miejsca, które po nim zostało. Nie zastąpią go. Czas goi rany –  jednak nie wymazuje ich z naszej pamięci. Zostają blizny. Myśl o nich potrafi boleć. Tak jak świadomość, że kogoś już przy nas nie ma. W tym przypadku z bólu aż skręca. Był ktoś ważny w moim życiu – odszedł. Nie umarł, zniknął bezczelnie. Rodzi się wtedy wiele pytań i nie mniej wątpliwości. Czy moje istnienie było dla niego ważne? Egoistka – pojawiła się ta myśl, nie zaprzeczaj. Jestem egoistką. Odejście przyjaciela mi to uświadomiło.

 

Zbyt podobni?

Był taki sam, do bólu byliśmy podobni. Bratnie dusze – jak to pięknie kiedyś stwierdził. „Jesteś tak jak ja” – powtarzał. Byliśmy kompanami w tej podróży zwanej życiem, czasem razem siedzieliśmy na dnie. Czasem znikał. Taki jego urok – wracał zawsze,  jak kocur z marcowego wypadu na kotki. Obiecałam mu, że zawsze będę. Byłam, zwłaszcza gdy tego potrzebował. Świadomość, że jest – sprawiała, że było mi lepiej. Nie potrzebowałam więcej. Dobraliśmy się przypadkiem – para introwertycznych egoistów. Wrażliwe, romantyczne dusze po przejściach. Nieco zagubieni. Trochę artyści, trochę rzemieślnicy.  Trochę też takie kulawe, czarne koty, dla których zawsze pada deszcz. Nie da się słowami opisać tego co było między nami. Było to coś niesamowitego, jak „Watchmen” – komiks, który jest tak wspaniały, nie istnieją słowa, które wyraziłyby jaka to magia. To trzeba zobaczyć, przeczytać, doświadczyć by zrozumieć.

Porzucił mnie jak psa… Historia jakich wiele. Właściciel wyjeżdża, rodzi mu się dziecko – wiecie o co chodzi. Pies przeszkadza, nie jest już potrzebny, więc srrru do lasu z nim. Nie ważne co się z nim stanie.  Tak się poczułam. Zastanawiam się dlaczego tak się stało. Zmieniło się u niego sporo, jednak czy to powód by kogoś odrzucić? Staram się zrozumieć.

 

O piątej…

Pamiętam tamten sierpniowy poranek, było kilka minut przed piątą. Nie spałam, a przez szczeliny w materiale zasłaniającym okno – wpadała szarość do pokoju. Nie zwiastowało to pięknej pogody, która była tamtego dnia. W momencie, w którym wzięłam do ręki telefon, na ekranie pojawiło się kółeczko z wiadomością z messengera. Serce zabiło mocniej. Gdyby aparat nie był wyciszony w pomieszczeniu rozległby się głośny dźwięk powiadomienia. Gdybym spała, nie wiedziałabym, że…

Napisał! – ręce mi się trzęsły kiedy otwierałam wiadomość. W głowie natychmiast zapanował mętlik, zrodziło się mnóstwo pytań. To był on – wrócił. Dlaczego, kiedy znowu zniknie? Wzięłam głęboki wdech.

 

Najważniejsze rozmowy toczą się nad ranem

04:56, K. – Widziałem post

04:56, Ja – Ten o Tobie?

04:56, K. – Tak.  Szanuję połowicznie

04: 47, Ja – Połowicznie?

04:57, K. – No.  Mogłaś mi to powiedzieć

04:58, Ja – Gdyby to było takie łatwe.

04:59, K. – Łatwiej jest się wypowiedzieć publicznie?

05:00, Ja- Dla nich to tylko tekst o kimś. A opowiedzenie Tobie tego wszystkiego, to jeden wielki strach.

05:00, K. – A co masz do stracenia? Jak coś ma odejść to i tak odejdzie.

05:02, Ja – Nie umiałam, widocznie jestem słaba.

05:02, K. – Śniłaś mi się

05:02, Ja – To był koszmar?

05:02, K. – Brałem ślub. Przyszłaś i poszedłem za Tobą.

05:03, Ja – Jak mam to zinterpretować?

05:03, K. – To tylko sen. Odwagi!

05:04, Ja – Odwagi?

05:04, K. – No. Powiedz mi wszystko

Rozmawialiśmy do szóstej. Nie powiedziałam mu wtedy wielu rzeczy. Nie zdradziłam, że miałam taki sam sen. Brał ślub. Przyszłam. Wyszedł ze mną. Nie uwierzyłby, sama nie wierzę, że to miało miejsce. To wszystko jest jak sen, którego nie rozumiem. To nie brak odwagi mnie powstrzymał, a chęć spojrzenia mu w oczy.  Chciałam się dowiedzieć dlaczego do jasnej cholery to wszystko. Śmiało poprosiłam by napisał do mnie list. Zabrakło mi śmiałości by zapytać go czy moglibyśmy się spotkać. Zniknął. Trzeba było żyć dalej. Wstać, ubrać się, napić się kawy… Pamiętam, że wychodziłam ze sklepu z narzędziami, kiedy telefon „zapiszczał przeraźliwie”. Słońce grzało niemiłosiernie. Było pięknie. Był odważniejszy, a może czytał mi w myślach? Postanowił, że przyjedzie. Ucieszyłam się. Poprosiłam by zjawił się następnego dnia. Przeczytałam wieczorem jeszcze raz wpis o nim. Chaotyczny, niedopracowany, nie dowierzałam, że to opublikowałam. Na całe szczęście nie opowiedziałam tam wszystkiego, nie potrafiłam.

 

To był piątek.

Nie mogłam zasnąć, nie mogłam spać. Wstałam z łóżka przed piątą. Czekałam. Czas płynął jakby w zwolnionym tempie. Krzątałam się po domu, nie potrafiłam znaleźć sobie miejsca. Byłam podekscytowana, wiedziałam, że to ważny moment w moim życiu. Miałam tyle nadziei, niepokoju w sobie. Potrzebowałam go. Miałam dość duszenia w sobie wszystkiego. Równo o 9, dokładnie w tym samym momencie wysłaliśmy do siebie wiadomość na messengerze. Ja z pytaniem, o której będzie. On z informacją, że musi zniknąć, na chwile… Miałam się trzymać. To było do przewidzenia, był jak kot przecież. Z kotami już tak jest, że same sobie są panem. Pojawiają się wtedy kiedy chcą i równie szybko znikają. Przychodzą gdy czują taką potrzebę, drapią, wędrują lecz wracają. Z nim było tak samo, drapał moje serce nie raz.

Nie potrafiłam go skreślić. Pozostało mi cierpliwie czekać na niego. Po kilku dniach się odezwał. Działo się coś złego, był roztrzęsiony. Dowiedziałam się, że jest w trasie, panowały tej nocy straszne burze. Chciał porozmawiać. Zamilkł nagle. Jego telefon nie odpowiadał, na messengerze też go nie było. Byłam bliska obłędu. W głowie rysowały mi się czarne scenariusze. Zwłaszcza, że kilka tygodni wcześniej, gdy się do mnie wybierał, miał wypadek. Bałam się, że może znowu, ale tym razem nie miał tyle szczęścia co poprzednio.

W końcu napisał „żyję”. Przez sekundę cieszyłam się, że nic mu nie jest. A co ze mną? Wiedział, że się martwię, zostawiłam masę wiadomości. A tu tak na odpierdol się – „żyję”.  Bolało, poczułam, że zbliża się koniec, że będzie znikał coraz bardziej z mojego życia. Przestawłam być potrzebna.

 

Zupełna obojętność

Nie było go znowu. Przyszła obojętność, apatia, stałam się biernym obserwatorem, nawet w chwilach gdy miałam na coś wpływ – nie robiłam nic. Może dlatego postawa  Dr Manhattana jest dla mnie zrozumiała. Istniałam – tylko. Chociaż na zewnątrz wyglądałam normalnie, to w środku byłam martwa.

Pamiętam, że jakiś czas później zdałam egzamin na prawo jazdy. W końcu! Nawet wtedy nic we mnie nie drgnęło. Mówiłam, że się cieszę, że ojej, ale super. Osiągnęłam to na czym mi zależało –  miało to zmienić moje życie.  Nie wiem czy ten przykład, pozwoli Wam zrozumieć co się wtedy ze mną działo. Jednak to był istotny moment, a u mnie nie pojawiła się nawet radość chwili. Myśli o nim nie dawały mi spokoju. Chciałam mu tyle ważnych rzeczy powiedzieć, tyle się działo. Nie było go, zostałam sama  – tak czułam.

Rzuciłam pisanie. Bałam się, że „wyrzygam” swój ból w jakimś poście i potem będę tego żałować. Chciałam pisać, ale każda próba kończyła się tym, że powstawał tekst o nim. Nie byłam gotowa. Byłam zła, nie rozumiałam. Wracał jeszcze kilka razy, poinformować jak się u niego zmienia. Był wtedy taki jak dawniej. Może z większą wolą życia, silniejszy, pełen nadziei. Stał się waleczny, a ja w tym czasie to traciłam. Nie zależało mi na niczym. Byłam. Próbowałam mu powiedzieć co we mnie siedzi. Nie potrafiłam ubrać tego w słowa. Nie chciał żebym cierpiała – jednak cierpiałam, czułam, że tracę go coraz bardziej. Bałam się pustki, nikt nie rozumiał mnie jak on.

 

Spaliliśmy wszystkie mosty?

Wydawać by się mogło, że to toksyczna relacja, która działa na mnie destrukcyjnie. Może – chwilami tak działała. Często słyszę jak mantrę powtarzane zdanie: „kto przestaje być przyjacielem, nigdy nim nie był”.  Uważam inaczej, jeśli jest się przyjacielem trzeba pozwolić odejść i życzyć: niech ci się wiedzie. Im więcej wiosen za mną, tym bardziej widzę, że największa głupotą jaką robimy – to palenie za sobą mostów. Wierzymy, że tak trzeba.

Postanawiamy coś zmienić – zapominając kim jesteśmy, skąd pochodzimy. Wierzymy, że można zacząć życie od nowa. Jak niby? Nie da się odciąć od tego co było. Życie to ciąg wydarzeń, a nie zeszyt, gdzie spieprzysz jedną stronę – wyrywasz ją i zaczynasz na czystej kartce. Trzeba się z tym pogodzić. Narkoman po odwyku już zawsze będzie byłym narkomanem. Człowiek ze wsi, w największym mieście i tak zawsze będzie człowiekiem ze wsi. Nie da się uciec od tego co było. Próbowałam, omal nie straciłam bloga, przyjaciół, chęci do życia. Chciałam spalić za sobą most, udawać, że nic nigdy się nie wydarzyło.

 

Jak zagubione dzieci

Chociaż mijają kolejne miesiące, on nie daje znaku życia. Wciąż czekam, jeszcze tli się nadzieja, że sobie o mnie przypomni.  Czekam o czwartej nad ranem. W głębi serca wierzę, że mu się układa. Mam nadzieję, że znalazł w końcu szczęście. Nie skreślam go, bo pewnie wywinęłabym mu to samo gdybym znalazła się w podobnych okolicznościach. Nie chce go tłumaczyć, potraktował mnie jak skurwiel –  sam to przyznał. Sama nie jestem lepsza. Nie doceniałam ludzi, którzy byli koło mnie. Byłam zła, krytyczna… Przeraziłam się, że w końcu pęknę jak porcelanowa figurka. Rozsypie się na drobne kawałki i nie będzie co zbierać. Mogłam też dać komuś w mordę i nie wstać gdyby oddał.

Był we mnie niepokój, z którym musiałam się uprać. Walka z demonami. Jak Batman myślałam, że nikogo nie potrzebuje. Bałam się, że jeśli znowu się otworzę, wszystko stracę. Chciałam samą siebie ochronić, założyć pelerynę.  Mam jednak wspaniałych ludzi, którzy pozwalają mi być „kotem”. Są ze mną, tak zwyczajnie, tak po prostu. W końcu to doceniam!

 

O czwartej rano

Budzę się, jest kilka minut po czwartej. Ktoś inny napisał – będzie po południu. Dociera do mnie, że wyczekuje jego powrotu, a nie wiem co chciałabym mu powiedzieć. Pogratulować udanego życia? Kazać spierdalać. Jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło, zapytać: „Co słychać”? Opowiedzieć znowu, jak strasznie żałuję, że już nam nie po drodze. Wyznać, że nie zdążyłam powiedzieć wszystkiego, że kochałam, że był ważny, że chciałam by był – tak po prostu. Zapytać: gdzie jest ten obiecany list, czy dalej nosi się na czarno? Czy ze zdrowiem już lepiej i od butelek stroni? Czy dalej jeździ mercedesem i czyta Łysiaka? Jeszcze przez moment zastanawiam się, czy on chociaż przez chwilę żałował, że tak się stało? A może on nie powiedział mi czegoś i chce zrobić to teraz. Koniec, z czasem rozejdzie się po kościach?

 

Przyszła piąta, dalej żyjemy.

Już nie czekam. Wierzę, że pewnego dnia, los jeszcze skrzyżuje nasze drogi. Spojrzymy na siebie, poślemy sobie uśmiechy i znowu się rozstaniemy. Taki nasz urok – nasze przekleństwo.

 

 

 

Najbardziej tęsknie za Tobą o czwartej rano, bo wiem, że już nigdy nie napiszesz o piątej…

Podobne wpisy

Podziel się: